ilustracja do artykułu

Jan Rybowicz. Pijak, którego wiersze nucimy z rozkoszą

Jan Rybowicz – poeta z Lisiej Góry, koło Tarnowa.

Można by o nim powiedzieć:

„Wróg wszystkich swoich sąsiadów”.

Mało kto bowiem, z ludzi, którzy go wspominają, ma o nim naprawdę dobre zdanie.

Choć nie był on całkowicie pozbawiony osób wokół siebie, które darzyłyby go sympatią, było to bardzo nieliczne grono.

Czym zawinił sobie poeta, którego wiersze wielu z nas zna z… piosenek zespołu Stare Dobre Małżeństwo?

Tak, moi mili czytelnicy.

Około 30 wierszy bohatera dzisiejszego artykułu, zostało zaaranżowanych jako teksty piosenek SDM-u, zespołu z gatunku poezji śpiewanej, znanego większości Polaków.

Na dobrą sprawę Stare Dobre Małżeństwo stało się niejako ambasadorem poezji Rybowicza. Znanej dzięki twórczości zespołu i prawie kompletnie nieznanej poza tą sferą sztuki.

Gdybym miał wyobrazić sobie, na zasadzie pierwszego skojarzenia, kto mógł napisać tak piękne poezje, zobaczyłbym w myślach elegancko ubranego, schludnego młodzieńca siedzącego pod drzewem z zeszytem i piórem w dłoniach. Pięknego, delikatnego, jeszcze tak niewinnego…

Albo i dojrzałego starca, doświadczonego pięknymi, acz tragicznymi historiami miłosnymi, niemniej wciąż eleganckiego, dostojnego, pięknego w patrzeniu nań, jak te jego wiersze.

A jaka była rzeczywistość?

Kogo zobaczylibyśmy, gdybyśmy mieli okazję spotkać Jana Rybowicza za jego życia?

Tego, który napisał ponad trzydzieści wierszy, które potem stały się hitami poezji śpiewanej, w twórczości Starego Dobrego Małżeństwa?

Oczywiście Rybowicz napisał o wiele więcej. Jest autorem czterech tomów opowiadań i trzech zbiorów poezji.

Odnosząc się do mojego wyobrażenia, kim mógłby być człowiek, który pisał tak piękne wiersze, zgadzają się dwie rzeczy:

Młodość i tragedia.

Niestety, z przewagą tragedii… jak to bywa u poetów wyklętych.

Jan Rybowicz jest z tego grona.

Uznany za przedstawiciela tej „osobliwej” grupy literatów, nie dożył starości. Zmarł stosunkowo młodo, mając 41 lat.

Wybaczcie, drodzy czytelnicy, że teraz będzie już tylko smutniej…

Jednak tak to bywa, nawet wśród poetów – niby karmiących się cudownością, mnogością emocji – że ich życie jest po prostu koszmarem.

Jan Rybowicz żył w małej wsi Lisia Góra, dosłownie naprzeciwko knajpy – jak wspominają jej bywalcy, „istnej mordowni” dla najtęższych degeneratów – w której spędzał większość swego życia. Tam zawsze pił na umór, palił niezliczone ilości papierosów, a w przerwach pomiędzy wychylanymi haustami wódki i zaciągnięciami dymem, wsłuchiwał się uważnie we wszystkie powtarzane w owej spelunie plotki.

Tak powstały potem tomy opowiadań – Rybowicz opisał dokładnie wszystkie „grzechy” i ich autorów, o których zasłyszał podczas alkoholowych „Hiperlibacji”, w swoich książkach. Zmieniając personalia bohaterów, opisał je jednak z tak staranną dokładnością, że każdy czytelnik z Lisiej Góry wiedział, „kto zrobił dziecko córce, a potem się powiesił”, kto czekał, aż wójt umrze, żeby mu ukraść dolary, kto psa swojego przetopił na smalec…” i wiele, wiele innych historii.

Jakby mało było powodów, których dostarczał „wyklęty Janek” otoczeniu, by go nie znosiło, powiesił nad barem, w „tej Sodomie i Gomorze”, jak nazywali ludzie Bar „Zajezdny”, swój portret. Po co?

By każdy bywalec wiedział, że tu przesiaduje Jan Rybowicz, poeta! I miejsca mu zabierać nie wolno!

Janek był niemal zawsze pijany. Nie pomagał mu w zmianie tego stanu rzeczy, gdyby w ogóle zmienić to chciał, fakt, że jego rodzice prowadzili w domu melinę. Więc Janek, czy w barze, czy w domu, dostęp do alkoholu i towarzystwo alkoholików miał stałe.

Kobiety zwykle nazywał pogardliwie na K.

Nie szanował ludzi wokół siebie. Od każdego czuł się po prostu lepszy.

Może wydawać się to dziwne, zważywszy, że – jak wspomina dziennikarka, która pojechała do niego przeprowadzić wywiad – ten wielki poeta, to był facet, który sypiał w otoczeniu niezliczonej ilości pustych butelek po wódce, ogromu petów po papierosach, rozrzuconych na podłodze wokół łóżka, w smrodzie i brudzie.

Przyjaciel Jana Rybowicza wspomina go jako nadwrażliwego, piekielnie inteligentnego człowieka, który nosił brudne, nieschludne ubrania, mając lat 40 wyglądał na 60 i ogólnie był bardzo zniszczonym przez alkohol człowiekiem.

Wulgarny do granic możliwości, pogardliwy wobec wszystkich, których uważał za niegodnych jego intelektu (a było ich sporo), piszący wiersze na miarę geniuszu.

Wiele można by jeszcze napisać o tym pogubionym w świecie nałogów i degradacji społecznej człowieku. W internecie jest naprawdę sporo, bardzo szczegółowych informacji z jego życiorysu.

Ja, z racji, iż fascynują mnie losy poetów wyklętych i ich twórczość, na przełomie lat wiele czytałem o Janku Rybowiczu i dziś tą wiedzą posiłkuję się, pisząc artykuł.

Polecam Wam również mocniej zagłębić się w życiorys tego człowieka. Choćby po to, by odpowiedzieć sobie na pytanie, czy aby na pewno wszystko, co czarne jest czarne, a białe – niewinną bielą się mieni…

Jan Rybowicz został znaleziony, siedząc martwo przy piecu, w rodzinnym domu, przez jego ojca.

Dane mu było żyć lat 41.

Pisząc ten artykuł, mam lat 44 i nie wyobrażam sobie nie przeżyć kolejnych czterdziestu…

Smutny to los człowieka wychowanego w melinie, który jedyną ucieczkę znalazł w „mordowni” po drugiej stronie ulicy, gdzie trzeźwieć, bynajmniej, nie chadzał…

Przy pisaniu artykułu posiłkowałem się również artykułem autorstwa Piotra Subika dla „Dziennika Polskiego”. Niektóre cytaty z cudzysłowem pochodzą z tegoż artykułu.

Samotność

Nie można być samotnym. Trzeba opiekować się kimś, kimkolwiek. Dzieckiem, drugim człowiekiem, kotem, psem albo rybką w akwarium. Albo samym sobą. Albo Panem Bogiem w kościele. Ale nie można być samotnym. Opiekować się gwiazdami, swoim osobowym samochodem, prawem, moralnością, pogodą. Aby tylko nie być sam. Bo samotność jest naprawdę nie do zniesienia. Jest śmiertelną chorobą. W stu procentach śmiertelną.

Samotność

Nie można być samotnym. Trzeba opiekować się kimś, kimkolwiek. Dzieckiem, drugim człowiekiem, kotem, psem albo rybką w akwarium. Albo samym sobą. Albo Panem Bogiem w kościele. Ale nie można być samotnym. Opiekować się gwiazdami, swoim osobowym samochodem, prawem, moralnością, pogodą. Aby tylko nie być sam. Bo samotność jest naprawdę nie do zniesienia. Jest śmiertelną chorobą. W stu procentach śmiertelną

Krzysztof Kędzior/socjopatopoetyka – autor jedenastu książek wydanych przez wydawnictwo Miniatura, w tym ośmiu poetyckich i trzech prozatorskich.
„Poeta od czarnej roboty” – poruszający się w tematyce społecznego wykluczenia, samotności, depresji, grzechu, buntu, szaleństwa, krzyku. Miłośnik twórczości poetów wyklętych. Autor profilów autorskich „socjopatopoetyka”, „Przyjaciel Manekin”(FCB) oraz "ARTrorrism"

zdjęcie: Krzysztof Kędzior
Share the Post:
Powiązane posty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przejdź do treści
Tylkokulturalnie.nl
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.